3 Obserwatorzy
21 Obserwuję
Specynka

Lektura Specjalna

[Dopiero ogarniam, nie wiem, czy tu zostanę. :(]

Teraz czytam

Madame
Antoni Libera
Przekroczyć próg nadziei
Jan Paweł II
Edgar
Adam Bełda
Mamałyga
Konrad Ciok
Spięcie
Michał Murowaniecki
W skarbnikowym królestwie. Baśnie i podania śląskie
Andrzej Żak, Janina Porazińska, Kornelia Dobkiewiczowa, Maria Kann, Stanisław Wasylewski, Gustaw Morcinek, Roman Zmorski, Jan Baranowicz, Maria Kędziorzyna, Józef Ondrusz, Henryk Kodź, Jan Kupiec
Poezje wybrane
Nâzım Hikmet

Thrill me… Kill me.

Pielgrzym - Terry Hayes

[...] „Wciągający i niepokojący. Zmusza do obgryzania paznokci”.

Graham Masterton[i]

 

Prawdziwy czytelnik musi w końcu paść trupem. Piszę: „musi”, gdyż zakładam, że niekoniecznie mu się to udało; na tę jedną książkę, która nas zabije, zatłucze, skrzywdzi, pokona, czekamy niekiedy bardzo długo, a czas przyszły wisi nad nami jak słodki pejczyk. A ten z kolei nie ma wiele wspólnego z niejakim Christianem G., oskarżonym o zbrodnie przeciwko literaturze.

 

Niektórzy padają trupem wiele razy i co poranek przeżywają zmartwychwstanie. Bądź też zmieniają się w zombie. Efekt podobny: czerwone, podpuchnięte oczy, włos sterczący na wszystkie strony, zdefasonowany manicure i wreszcie — niepokojąco nieobecny wyraz twarzy. Czy tam pyska. Czy mordy. Fizjonomii. Przecież książka mogła zmienić lico w ryło, oczy w ślepia, a ogryzione paznokcie w krogulcze szpony — strach pomyśleć, co zrobiła z ofiarą fantasy!

 

Czytelnik prawdziwy to zatem nieboszczyk. Nieboszczyk ujęty fachowo to denat. Od denata blisko do śledztwa, od śledztwa do typologii zabójstw. Dobre książki uśmiercają w różny sposób: arcydzieła biorą na warsztat czytelniczą i moralną niewinność, którym skręcają kark. Świetne czytadła lubią wciągać i podtapiać. W obydwu wypadkach książka-uwodzicielka (niech będzie kobietą, w końcu to ona, nie on) ma w sobie tyle fatalnego uroku, że… Żegnaj, pogodo za oknem, stygnąca zupo, objuczona jak wielbłąd desko do prasowania, raporcie dla szefa! Tak, też mi się zdaje, że ostatni przypadek to wyjątkowo paskudne zagranie…

 

Wszystkich, którzy uwierzyli w zacytowaną wypowiedź Mastertona (Mastertonowi nie wierzy się z zasady, bo ma majaki i widzi flaki) — rozgrzeszam. Świadek miał rację, niczego nie podkoloryzował. A jeśli nie uwierzyliście, tym bardziej możecie czuć się wrobieni. Bo „Pielgrzym” podstępnie wyciągnie z Was energię.

 

Książka odebrała mi sen, podtopiła, a później strzeliła w łeb, pociskiem kalibru „Wow!”. Do tego – chociaż „Pielgrzym” nie reprezentuje „skandynawskiej ofensywy” (powieść napisał Brytyjczyk) — wytworzyła czytelniczą wersję syndromu sztokholmskiego. Mój morderca (tym razem to musi być on) okazał się na tyle pociągający i niepokojący, że wybaczam autorowi wszystkie wady jego debiutu. Debiutu. Zapamiętajcie ten szczegół, uważni Sherlockowie-recenzenci.

 

[...] Pielgrzym, choć może nieco zbyt odporny i inteligentny, jest przede wszystkim człowiekiem. W pracy działa jak śmiercionośna maszyna, na co dzień okazuje ludzkie emocje. Banał? Pewnie tak, lecz rozsądnie zaprezentowany. Hayes nie przeciągnął struny i z twardego agenta nie uczynił popisującego się łzawymi monologami wewnętrznymi mięczaka. I na odwrót — nie wyprał agenta z uczuć. Niektóre mądrości Pielgrzyma są z tych trywialnych, do zapomnienia po lekturze, ale daleko im do memów z wizerunkiem Coelho. Stwierdzenie, że miłość nie jest słaba, a silna – proste i trafne – nie brzmi ani tanio, ani fałszywie. Hayes nie zawarł w książce — zaskoczeni? — żadnego wątku uczuciowego pomiędzy Pielgrzymem a filmową pięknością, żadnego też towarzyszącego takim wątkom „przerywnika erotycznego”. Jest za to w „Pielgrzymie” głęboka więź łącząca ojca i syna, brata i siostrę, uczciwa, szorstka przyjaźń kolegów po fachu. To literatura w najlepszy sposób męska. Solidna warsztatowo, mocna, ale nie wulgarna. Z bohaterami do zapamiętania, choć nakreślonymi głównie jako tło dla duetu: protagonista-antagonista. Jeden nie ustępuje drugiemu, kibicować możemy obu – obaj są piekielnie inteligentni, charyzmatyczni, budzący ciekawość i godni siebie nawzajem. Nawet jeśli autor dał Pielgrzymowi pewne cechy herosa nie do zdarcia, zrobił to z klasą. Nie brakło też elementów humoru; pokaleczona angielszczyzna dyrektora tureckiego hotelu, wspaniale przełożona przez Macieja Szymańskiego, funduje niespodziewany masaż przepony. A przecież w dalszym ciągu — hola! — siedzimy w pierwszorzędnym thrillerze. Sensacyjnej, przyprawiającej o zawrót głowy intrydze. Szpiegowskiej legendzie[ii]. Która bywa mroczna, jak na gatunek przystało, w której trup ściele się wystarczająco gęsto, a ostatnią ofiarą jest sam czytelnik — z przekrwionym okiem i bez paznokci… lub zakochany w mordercy, zabity na własne życzenie.

 

Napisz coś jeszcze, Autorze. Zabij mnie jeszcze raz.

 

[i] Cytat-rekomendacja z okładki książki.

[ii] Jak możemy dowiedzieć się z „Pielgrzyma”, legendą nazywa się w CIA fałszywą, zbudowaną od podstaw tożsamość agenta.

 

Całość recenzji na portalu Qfant:

http://www.qfant.pl/review/terry-hayes-pielgrzym/