3 Obserwatorzy
21 Obserwuję
Specynka

Lektura Specjalna

[Dopiero ogarniam, nie wiem, czy tu zostanę. :(]

Teraz czytam

Madame
Antoni Libera
Przekroczyć próg nadziei
Jan Paweł II
Edgar
Adam Bełda
Mamałyga
Konrad Ciok
Spięcie
Michał Murowaniecki
W skarbnikowym królestwie. Baśnie i podania śląskie
Andrzej Żak, Janina Porazińska, Kornelia Dobkiewiczowa, Maria Kann, Stanisław Wasylewski, Gustaw Morcinek, Roman Zmorski, Jan Baranowicz, Maria Kędziorzyna, Józef Ondrusz, Henryk Kodź, Jan Kupiec
Poezje wybrane
Nâzım Hikmet

Wielka Gilly

Wielka Gilly - Katherine Paterson Nierozwiązanym do dziś problemem literatury młodzieżowej jest pogodzenie stylu i warsztatu - na tyle zręcznego i wymagającego, by uprawomocnić wartość książki w oczach dorosłych, nierzadko zbyt żarliwie podejmujących się roli krytyków młodzieńczych gustów - oraz fabuły - tak wartkiej, zajmującej i adekwatnej, by zaspokoić oczekiwania nastolatków, zmiennych jak pogoda londyńska lub też identycznych jak stadko rozbrykanych zebr. A przeważnie i zmiennych, i silnie utożsamionych z resztą rówieśników jednocześnie. Taka sama ma być książka nastolatka: modna, aktualna, dopasowana do trendów, ale zarazem na tyle bliska tematyce - fermentującego koktajlu hormonów i uniesień młodości - by po latach nie spowodować konsternacji rodziców, częstujących pociechę lekturą i otrzymujących odpowiedź: "E, stare i głupie toto." "Wielką Gilly", w oryginale: "The Great Gilly Hopkins", Katherine Paterson napisała pod koniec lat osiemdziesiątych. Stare toto. Dla człowieka młodego, który niejednokrotnie za starą uważa osobę po czterdziestce, stare toto jak ogrodniczki ze strychu Mamo-Ja-W-Tym-Chodzić-Nie-Będę. Ale czasami ogrodniczki, zwłaszcza z dżinsu, który nigdy się nie starzeje, da się ciekawie, fajnie przerobić na modną, odpowiednią dla oryginalnego nastolatka odzież. "Wielka Gilly" jest jak para dobrze skrojonych, gatunkowo porządnych, choć nieco spranych, a przez to może i atrakcyjniejszych (O, fortuno wydana przez producentów na postarzanie nowych ciuszków!) dżinsowych spodni. Gilly - Galadriel jest nieznośną, rozkapryszoną, wyszczekaną gówniarą, której najchętniej dać by po tyłku witką brzozową, i jeszcze do tego moczoną w solonej wodzie. To mówię ja, czytelnik-prawie zgred, bo do zgreda jeszcze mi daleko. Nie całkiem jeszcze zezgredziała część mojego "ja" podziwia Gilly za inteligencję, upór, charakter i dumę, wcale niedziecięcą - Gilly, przerzucana od jednej do drugiej rodziny zastępczej, nie pokazuje łez, wydaje się więc, na pierwszy rzut oka, po prostu "złym dzieckiem", dzieckiem niereformowalnym. "Mamusia cię zostawiła, ale i tak mogłabyś być milsza", chce się rzec... I zaraz stwierdzić, jaką to też prześliczną głupotę się palnęło. Nie ma złych dzieci, są dzieci niekochane. Nieprzeciętnie inteligentna Gilly robi innym na złość, kradnie, bije inne dzieci i wyśmiewa się z ułomności ludzkich. Mimo to trudno się połapać, kiedy właściwie zaczęło się kibicować upartej, złośliwej, a przecież spragnionej uczuć nastolatce. Paradoksem "koszmarnej" dziewczynki jest fakt, że tylko to całe koszmarkowanie, dokuczanie i atakowanie przed czasem - pozwalają jej przetrwać. Gilly nie daje się transportować z punktu A do punktu B jak worek kartofli. Jej celem jest powrót do matki, a otaczających ją ludzi szanuje tylko o tyle, o ile są jej potrzebni. Cel ten budzi w dorastającej Hopkins uczucia tak wielkie, że kiedy podglądamy ją schyloną nad zdjęciem matki - byłej hippiski Courtney - nagle uświadamiamy sobie, że to nie mały złośliwy ufoludek, a żywe dziecko stoi przed nami i, choć Gilly nie jest już malutka, wyciąga ręce po miłość zupełnie po dziecinnemu, bezinteresownie. A ponieważ nie da się kochać inaczej niż bezinteresownie, Gilly stopniowo, nieświadomie poddając się uczuciom, zaczyna swoją rodzinę zastępczą - poczciwą, nieco naiwną, mającą problemy z czytaniem panią Trotter, upośledzonego, zbyt, jej zdaniem, dobrego chłopczyka Williama i sąsiada, czarnoskórego, niewidomego pana Randolpha - traktować jak ludzi naprawdę bliskich. To oni - z innym kolorem skóry, z naiwną, nieco dewocyjną wiarą, z upośledzeniem i kalectwem - okazują się naprawdę ludzcy i rzeczywiście kochają Galadriel. Zaś obraz idealnej, pięknej Courtney Hopkins powoli rozpada się na kawałki... Dziewczynka przekonuje się, że cel nie zawsze uświęca środki, a nadto, cel ten może być zupełnie chybiony. Na pewne wybory jest jednak za późno, bowiem... Amerykańska powieść dla młodzieży bez happy endu? Tak. Szczegóły są dla czytelników, ja zaś wspomnę o jeszcze jednej ważnej kwestii, która stanowi o atrakcyjności książki Paterson: Otóż Gilly nie przechodzi "przemiany wewnętrznej bohatera na sam, dyszący, spieszony koniec, bo już trzeba by zakończyć, a morał być musi". Nie. Wielka Gilly zostaje wielką Gilly, wciąż zarozumiałą, pyskatą i awanturniczą. Ale możemy mimo to ją przytulić, ona zaś poczęstować nas gumą balonową. Człowieka nie definiują bowiem zalety, ale wady, które tylko prawdziwa miłość potrafi znieść. A ludzie wybitnie inteligentni, z poplątanym życiorysem, wychowani przez samych siebie - czyli nietuzinkowi - są często o wiele trudniejsi we współżyciu międzyludzkim od tych ułożonych. Czasem jednak wystarczy być cierpliwym (jak pani Trotter), pogodnym (jak pan Randolph) czy wdzięcznym (jak mały William), by skruszyć mur i pod warstwą cynicznej, obronnej inteligencji - poczuć bijące serce. W książeczce, której objętość kwalifikuje ją "na jeden wieczór", w prostej historyjce i języku przecież niezbyt skomplikowanym (a idealnie oddającym sylwetki bohaterów!), Katherine Paterson pomieściła prawdy trudne do zamknięcia przez innych w kilku tomach. Ja sięgnęłam po "Wielką Gilly" po latach, pamiętając o ledwo fragmencie wyczytanym w podręczniku do polskiego dawno temu. Dziś przeczytałam w całości. Zmieniłam tylko krój dżinsów, bo materiał dobry. "Wie pani, nie do zdarcia..." Edytowano: 04.11.2012